ßßß Cookit - przepis na Ten pierwszy

Ten pierwszy

nazwa

Wykonanie

Tak, w końcu się przemogłam. Jednak była to ciężka walka z własnymi ograniczeniami i strachem przed żelatyną. Ale od początku...
Zachciało mi się sernika. Bardzo i naprawdę. Po prostu poczułam potrzebę zjedzenia chociaż kawałeczka, jak najszybciej, nawet tu i teraz . Tak łatwo się jednak nie dało... Sięgnęłam więc po książki i gazety w poszukiwaniu inspiracji. W końcu w Cheesecakes, pavloval & trifles natrafiłam na wyjątkowo interesujący okaz. Na zdjęciu wyglądał na lekki, z dodatkiem cytryny i mleka skondensowanego, które uwielbiam... I żelatyny...
Tu zaczęło się moje wahanie. Nigdy, przenigdy, nie robiłam sernika na zimno . Notabene, chciałabym nadmienić, że tak właściwie wszystkie serniki podaje się na zimno, więc nie do końca rozumiem, dlaczego ta nazwa zarezerwowana jest dla dań z żelatyną. Osobiście dałabym się pokroić za kawałek ciepłej szarlotki z lodami czy pachnącej drożdżówki, ale sernika wyjętego prosto z piekarnika nie zjem. Jest glabzdrowaty (rozumiecie, co mam na myśli?), i w ogóle nie taki, jak powinien.
Tak czy inaczej - sernika z żelatyną nie robiłam nigdy.
Owszem, zjem, ale nie jestem jakąś wielką fanką (poza super ekstra mega wypasionym sernikiem mojej Mamy, z mnóstwem bakalii i polewą czekoladową - idealny!). Zdecydowanie wolę te pieczone, cięższe, kremowe, maziste... Ach! Ale po pierwsze, nie chciało mi się tyle czekać, po drugie - włączenie piekarnika przy takiej temperaturze, a później przesiadywanie w kuchni, to czyste samobójstwo, po trzecie - wygrała we mnie chęć spróbowania nowego. Bo przecież taki sernik z żelatyną to nie lada wyzwanie! No i prezentował się naprawdę apetycznie...
W końcu, przezwyciężając lęki, ruszyłam do boju. Pozmieniałam to i owo, już tłumaczę dlaczego. Oryginalna ilość serka, czyli 250 gram, jakoś mnie do siebie nie przekonała. Za mało. Wrzuciłam więcej. Skondensowane mleko słodzone jest bardzo słodkie - kto próbował, ten wie. 400 gram wydało mi się ilością nieco przesadzoną. Nieco więc ją zmniejszyłam. Następnym razem dałabym też sok z półtorej cytryny, zamiast z jednej. Ze strachu zwiększyłam też nieznacznie ilość żelatyny. Nie mam pojęcia, jak smakowałby przygotowany z oryginalnej ilości składników, czy by się ładnie stężał i dobrze wyglądał. Ale ten, który ja zrobiłam, jest świetny! Doprawdy, dumna z siebie jestem niesłychanie. Delikatny, lekki, orzeźwiająco cytrynowy, ale nie kwaśny, nie jest też za słodki, ani zbyt piankowy, tylko lekko mazisty. Smakuje sernikiem! Co uważam za niebywały sukces.
Mówię to ja, miłośnik serników pieczonych - ten jest pycha!
Klasyczny sernik lodówkowy
Składniki:
(forma 20 cm średnicy)
spód:
125 g ciastek digestive
65 g masła
1 białko
masa serowa:
400 g serka kremowego
350 g skondensowanego mleka słodzonego
skórka otarta z 1 cytryny
sok z 1 cytryny
1 łyżka żelatyny
2 łyżki zimnej wody
70 ml gorącej wody
Masło rozpuścić i przestudzić. Ciasteczka drobno pokruszyć. Wymieszać z masłem na jednolitą masę.
Formę wyłożyć folią aluminiową. Na dnie ugnieść dokładnie masę ciasteczkową.
Schłodzić w lodówce przez 15-20 minut.
Następnie podpiec w 200 st. C. przez 8-10 minut, na złoty kolor.
Gorący spód cienko wysmarować lekko roztrzepanym białkiem.
Zostawić do całkowitego ostygnięcia.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Po 5-10 minutach wlać gorącą wodę, dokładnie wymieszać. Przestudzić.
Serek ubić na puszystą masę. Wlać mleko, zmiskować na gładką masę. Dodać skórkę i sok z cytryny, wymieszać.
Wlać ostudzoną żelatynę, dokładnie połaczyć.
Masę wylać na wystudzony spód.
Schłodzić w lodówce przez przynajmniej trzy godziny.
Smacznego!
Co myślicie o tej nazwie? W oryginale classic refrigerator cheesecake, czyli podobnie, prawda? Szalenie podoba mi się ten zlepek słów. O ileż oryginalniejszy i ciekawszy niż banalny sernik na zimno .
Mamy w zwyczaju koło 22 wychodzić na godzinę z psem - teraz się robi coraz cieplej, coraz jaśniej, więc to sama przyjemność. Tak się złożyło, że mój rower został w pracy, i żebym dzisiaj nie musiała iść, poszliśmy po niego wczoraj. Szczegółem okazał się fakt, że lało. Nie padało, czy kropiło - lało jak z cebra. Po powrocie miałam mokre nawet majtki. Spodnie, kurtka i czapeczka zostały po prostu wrzucone do suszarki, bo można je było wyżymać. A to wszystko nie zmienia faktu, że spacer był super. Osobiście największą frajdę sprawiło mi skakanie po kałużach - niech żyją czerwone kalosze! Nie wiało, było dosyć ciepło, i coś mi się wydaje, że najmniej zadowolony był rower...
Źródło:http://razadobrze.blogspot.com/2011/06/ten-pierwszy.html